Podejmij współpracę w ramach wydarzeń lub zareklamuj swój biznes
Sprawdź szczegóły

Rozmowa o życiu, oczekiwaniach, twórczych wzlotach i „artystycznym gównie”. Swobodnie, uczciwie, po ludzku – z Joanną Biskup-Brykczyńską.

5 sierpnia, 2026

To nie jest wywiad. To zwykła kobieca rozmowa. Spotkałyśmy się z Asią w jej klimatycznej pracowni w centrum Kielc. Wnętrze pomieszczenia zdobione artystycznymi bibelotami, ciepłymi światełkami, przedmiotami o wartości sentymentalnej tworzyło magiczną przestrzeń. Każdy drobiazg zachęcał do zadawania pytań, jednocześnie zdradzał cząstkę tego, kim jest moja rozmówczyni. Piękna dusza, pełna energii, pomysłów…i sprzeczności.

Zaangażowana pedagożka, doktorka sztuki, przewodniczka, pilotka wycieczek, scenografka, ale przede wszystkim kobieta pełna ciepła i naturalności. Kreatywna, autentyczna. Skromnie wyraża się o sobie…ale odważnie mówi o emocjach i dzieli się spostrzeżeniami o otaczającym świecie.

1 z 4

KwmK: Cześć! Wreszcie nam się udało spotkać!

Joanna: Cześć! Tak, nareszcie. Bardzo czekałam na tę rozmowę i naprawdę się cieszę.

KwmK: Ja też! Asiu, zacznijmy od początku. Gdybyś miała powiedzieć kilka słów o sobie komuś, kto jeszcze Cię nie zna – kim jest Joanna Biskup-Brykczyńska?

Joanna: Z całą pewnością mogę powiedzieć, że ciągle poszukuję. Jestem pedagogiem i działam na niwie bardzo szeroko rozumianej pedagogiki: społecznej, kulturowej, szkolnej. Trochę zawężając: jestem twórcą.

KwmK: Okropnie żałuję, że nie będę mogła pokazać mimiki Twojej twarzy!

Joanna: No tak, słyszałam, że jestem mimikiem. Nie no, trudno coś o sobie powiedzieć. Ja widzę i czuję siebie inaczej, niż postrzegają mnie inni.

KwmK:  Najważniejsze, że zaczęłyśmy. Teraz będzie z górki.

Joanna: No dobrze, więc jestem nauczycielką. Prowadzę autorską pracownię rysunku i malarstwa w Młodzieżowym Domu Kultury. Pracuję tam już ponad 20 lat. Jestem technikiem obsługi ruchu turystycznego, dyplomowanym. Licencjonowanym przewodnikiem świętokrzyskim i pilotem wycieczek krajowych i zagranicznych. Od czasu do czasu jestem scenografką przy filmach, filmach krótkometrażowych, teledyskach, filmach dokumentalnych. I jestem doktorem sztuki.

KwmK: A kim jesteś prywatnie?

Joanna: Zakompleksioną myszą, która nie ma czasu na samorealizację. Chciałabym więcej rysować, malować i podróżować. A nie mogę, bo jestem uwiązana tak zwanym życiem i przyziemnością.

KwmK: Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką?

Joanna: Wzięłam i się urodziłam [śmiech]. Nie, nie można tak mówić, bo jeszcze napiszesz.

KwmK: Pewnie, że napiszę!

Joanna: Zawsze w jakichś wywiadach wychodzę na dziwną i zbyt swobodną.

KwmK: Ale to cudowne, bo pokazuje, że jesteś naturalną, swobodną kobietą z dystansem. Skąd się biorą takie kobiety?

Joanna: Urodziłam się w Skarżysku, tam mieszkałam razem z mamą i z tatą w domu prababci. Prababcia mieszkała w jednym pokoju z pradziadkiem. My mieszkaliśmy w drugim pokoju z kuchnią. Dom zbudowany był przez tego właśnie pradziadka, na wylotówce na Kielce, przy Szosie Krakowskiej, na brzegu lasów i łąk. Do piątego roku życia nie chodziłam do żadnego przedszkola, bo było po prostu za daleko.

KwmK: Wychowywała Cię mama?

Joanna: Tak. Opiekowała się mną, siedziała ze mną w domu. Tata jeździł cały czas do Kielc, bo tam pracował w Urzędzie Miasta w Wydziale Kultury. Mama pokazywała mi świat. Opowiadała historie, czytała bajki. Dużo wędrowałyśmy po lasach i łąkach. Wychowywałam się w bardzo dużej bliskości z naturą.

KwmK: Czyli miałaś dzieciństwo, jakiego brakuje maluchom w dzisiejszych czasach…

Joanna: Tak. I to był początek mojego uwrażliwiania na świat. Wiem, że niszczyłam książki,  ale nie dlatego, żeby niszczyć, tylko dorysowywałam w nich różne rzeczy, rwałam kartki na strzępy. Mama mi o tym opowiadała, bo ja nie pamiętam, jak to robiłam. Tata pracował w Wydziale Kultury, utrzymywał kontakty z całym środowiskiem literacko-artystycznym, dziennikarzami z Kielc. I siłą rzeczy nas w to wszystko wkręcał. Mieliśmy bardzo dużo książek i obrazów. Część tata kupował, część dostawał. Pojawiali się u nas różni artyści. Była Wolna Grupa Bukowina, Wojtek Belon nas podobno odwiedzał. Tata nieraz zabierał mnie do redakcji na dyżury, albo na spotkania ze swoimi znajomymi. W ten sposób w 1983 roku poznałam moją przyjaciółkę, z którą przyjaźnię się do dziś. Kilka razy byłam z nim w artystycznej knajpie „Dziura”, legendarnym miejscem spotkań kieleckiego świata artystycznego w podziemiach Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach. To nie było miejsce dla małego dziecka, ale no cóż.

Od wczesnego dzieciństwa wyrastałam w artystycznych klimatach. Kiedy byłam naprawdę mała, rysowałam w domu na ścianach i drzwiach. Moje rysunki najczęściej dawało się później zamalować, ale nie zawsze. Raz w pokoju hotelowym namalowałam dla mamy na ścianie wazon z różami. Farbami akwarelowymi albo plakatowymi. Pigment był tak intensywny, że robotnicy nie byli w stanie tego zamalować, mimo kilkukrotnych prób. Trzeba było położyć gładź i odmalować cały pokój. Produkowałam też bardzo dużo rysunków na zwykłych kartkach. Mama był poruszona moimi dziwnymi postaciami i kompozycjami, zaczęła zbierać te prace.

1 z 5

KwmK: Mama zapewniła Ci wspaniałą pamiątkę i dokumentację rozwijającego się talentu i kreatywności.

Joanna: Można tak powiedzieć. Dzięki niej mam teraz archiwum mojego plastycznego rozwoju. Korzystam nieraz z niego przygotowując wykłady z pedagogiki dla moich studentów. Wiesz co jeszcze robiłam? To jeszcze jak mieszkaliśmy w Skarżysku, czyli miałam 4-5 lat.

KwmK: Nie wiem. Co?

Joanna: Robiłam pajęczyny. Wiązałam nici do wszystkich wystających rzeczy. Chodziłam po całym domu i plątałam. Zostało mi tak do dzisiaj.

KwmK: No to wiem już skąd Twoje akcje w których czarujesz przy BWA serwetkowy klimat! Jakiś czas temu widziałam. Teraz nie działasz?

Joanna: Na razie nie, bo nie mam czasu. Miałam taki pomysł, żeby zacząć umajać Kielce, ozdabiać je robótkami szydełkowymi, ale ciężko jest znaleźć osoby, które w podobny sposób artystycznie albo estetycznie myślą. Poza tym trzeba być odpowiedzialnym, kiedy wychodzi się w przestrzeń publiczną. Wszyscy powinniśmy za nią być odpowiedzialni. Tym bardziej artysta czy twórca. To nie może być jakieś badziewie, bo sygnujesz to swoim nazwiskiem. Zabierasz głos na dany temat albo po prostu robisz przyjemną rzecz, żeby ucieszyć ludzi.

KwmK: Za pomocą sztuki wyrażasz uczucia, emocje, światopogląd. Polityczne sympatie i antypatie również?

Joanna: Staram się trzymać z daleka od polityki, od jakichś sporów. Mnie to nie interesuje, nie to nie jest mój świat. Wolę dawać ludziom radość. Po prostu, żeby się ucieszyli, popatrzyli na coś, byli zadowoleni, mieli lepszy dzień.

KwmK: A czy ta sztuka wyrazu może przybrać formę, która  Ci nie odpowiada i której nie akceptujesz?

Joanna: Jak jest bez opamiętania wulgarna, nie lubię wulgaryzmów, braku kultury i głupoty. Mam na to ciężką alergię. Dobra, narysuję d*pę, napiszę ch*j, bo mogę to zrobić! Ale im dopie*dolę! Takiej formy nie rozumiem i nie akceptuję.

KwmK: Bo to, co mocne najbardziej przyciąga uwagę i najlepiej się sprzedaje. Czasem szum i rozgłos mają zwrócić uwagę na coś ważnego. Co wtedy?

Joanna:  Kiedy padają ze sceny wulgaryzmy, jest nagość i to wszystko jest uzasadnione, ma głębszy sens, niż szokowanie to jest okej. No ale jeśli jest to robione tylko po to, żeby wywołać rozgłos i jest aktem desperacji artystycznej to już nie. Parę lat temu na jeden z konkursów plastycznych w Kielcach Artysta dostarczył obiekt: kocią kupę. Pomalowana na złoto, na tacy przykrytej szklanym klosikiem.

KwmK: No proszę! Elegancko! A co chciał przekazać Autor?

Joanna: Nie jestem pewna. To się może kojarzyć z bardzo wieloma rzeczami. Na przykład, że sztuka jest gówniana, że napalamy się wszyscy na gówno, że tak powiem, które oglądamy, nazywając je sztuką, a tak naprawdę ze sztuką nie ma nic wspólnego.

KwmK: Ta praca wygrała?

Joanna: Nie wygrała. W każdym razie chodzi o to, że ludzie mają bardzo różne pomysły, bardzo różne wizje przedstawienia swoich myśli. I to jest okej.

KwmK: Cóż, o gustach się podobno nie dyskutuje. Sztuka współczesna może podobać się lub nie. Jedno trzeba przyznać, że kontrowersja to najprostszy sposób przyciągnięcia uwagi.

Joanna: Tak. Nie widzę niczego złego w tym, by szokować dla dobra jakiejś sprawy. No ale jeśli na przykład reżyser nie ma pomysłu na film, czy spektakl i rozbiera aktora, bo ten ma fajny tyłek, to jest słabe. To samo jest właśnie z niektórymi aktami desperacji artystycznej. I tu możemy wrócić do kupy. Ta kupa też może być sztuką współczesną, może coś przekazywać, być rebusem. Niektórzy to rozumieją. Był taki artysta włoski Manzoni. W latach sześćdziesiąte facet zamknął swoją kupę w konserwach. Na „Gówno artysty” (wł. Merda d’artista) składało się 90 ponumerowanych puszek, zawartością których były jego odchody.

KwmK: Domyślam się, że to był rodzaj buntu i artystycznej prowokacji.

Joanna: Tak, to była taka prowokacja. Artysta twierdził, że skoro ludzie są gotowi zapłacić fortunę za wszystko, co wyjdzie spod jego ręki, to kupią nawet jego ekskrementy, więc ironicznie zakpił z rynku sztuki, snobizmu kolekcjonerów oraz kultu, jakim otacza się znane nazwiska. Ogólnie piękny performance! Prawdę mówiąc do dziś nie wiadomo, co jest w środku. Są spekulacje, ale nie da się stwierdzić co kryją te puszki.

KwmK: Skojarzyło mi się z Comedian Maurizio Cattelan – bananem przyklejonym do ściany srebrną taśmą klejącą. Zwykły banan stał się dziełem sztuki dzięki kontekstowi, intencji artysty… Można powiedzieć, że treść przerosła formę.

Joanna:  Ta kultura i sztuka to są bardzo pojemne tematy. Jedni nie lubią sztuki współczesnej, inni klasycznej. Są grupy, które nienawidzą muzyki heavy metalowej i w życiu nie pójdą na taki koncert. Ale są też grupy, które w ogóle nie chodzą do teatru. A jednak teatr jest potrzebny, muzyka jest potrzebna. Nawet tak dziwna jak heavy metalowa. To po prostu jest zjawisko. Kurczę, to jest kultura. Dla każdego jest przestrzeń.

KwmK: A Zenek Martyniuk jest potrzebny, czy nie jest?

Joanna: Oczywiście, że jest.

KwmK: A Niebo Kielc?

Joanna: Jak najbardziej!

KwmK: Skąd w takim razie, według Ciebie tyle negatywnych opinii i emocji wokół tej instalacji artystycznej?

Joanna: Na dyskusję wokół tego lustra złożyło się bardzo wiele nieporozumień. Zaczęło się od publikacji, bardzo dosadnej, z mocnym komentarzem politycznym, jakie to jest gówno straszne i na co idą pieniądze podatników. Przecież Kielce są zadłużone, a pieniądze mogłyby iść na biedne dzieci, sieroty, na onkologię. Tego typu określenia do tej pory jeszcze padają, ale moim zdaniem są efektem zaszczepienia jakiejś malkontenckiej idei w społeczeństwie. Publikują to osoby, które są bardzo podatne na manipulacje albo chcą manipulować innymi. Pewnie ten cały hejt, który się wylał, wynikał z też z braku rzetelnej informacji o źródle pochodzenia i finansowania tej instalacji, może wrażliwości na sztukę, niedostatecznej edukacji plastycznej. Od lat na całym świecie pojawia się wiele realizacji tego typu. Realizacji z lustrami właśnie. Od lat sześćdziesiątych we Włoszech artysta Michelangelo Pistoletto konsekwentnie używa luster jako medium w swojej twórczości. W wielkim skrócie: tworzy konstrukcje, które odbijają siebie nawzajem i odbijają jednocześnie to, co jest dookoła poprzez multiplikacje. Jest uznawany za jednego z najbardziej wpływowych współczesnych artystów, ponieważ jego dzieła nie tylko prezentują obiekty, ale angażują widza i skłaniają do refleksji nad społeczeństwem, kulturą i relacją człowieka z otoczeniem. Ale wiesz, że w Kielcach nie podoba się nic. To jest bardzo dobre miejsce do narzekania.

KwmK: Ogólnie chyba ludziom łatwiej narzekać, niż chwalić. Może to taka forma regulowania emocji? Najdziwniejsze, że najwięcej do powiedzenia mają Ci biernie czekający, aż ktoś wreszcie zrobi coś, co podpasuje wszystkim...

Joanna: Między innymi dlatego kiedyś chciałam wyjechać z Kielc, studiować w Czechach, być tłumaczką. Ale nie było pieniędzy i nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

KwmK: Czyli to Kielce wybrały Ciebie, nie Ty wybrałaś Kielce?

Joanna: Chyba tak. Chciałam tam mieszkać, bo miałam czeskiego narzeczonego. Byłam szaleńczo zakochana. Chciałam studiować wszystko jedno gdzie, w Pradze, Pilznie, Brnie. Prowadziłam w tej sprawie korespondencję z Ambasadą Czech. Chciałam mieszkać w tym kraju, mieć czeskie nazwisko, i po prostu cieszyć się życiem w Czechach, bo bardzo lubię tam być, czuję się tam jak w domu.

KwmK: A co tam jest innego niż tutaj?

Joanna: Mają luz i dystans do życia. Nie są takimi pieniaczami jak Polacy. Nie wpadają w takie konflikty jak u nas. Wystarczy jedno słowo i już jest wybuch. I dlatego tam się dobrze czuję. Tam jest więcej spokoju. Po prostu. Oczywiście Czesi mają swoje nerwy. Pewien Czech podzielił się ze mną takim spostrzeżeniem: z Polakami fajnie się spędza czas w knajpie, fajnie się pije piwo. Tylko z czasem może zrobić się dziwnie. Przy pierwszym piwie Polacy są super – świetnie się gada o wszystkim, śmiech, luz. Przy drugim piwie nawet zaczynają śpiewać.  I jest super.  Chociaż może być męcząco, bo są trochę głośni. Przy trzecim piwie zaczynają rozmawiać o polityce i wtedy może iść na noże.

KwmK: Wniosek taki, że nie należy rozmawiać z Polakami o polityce, zwłaszcza przy alkoholu. Mimo ogromnej słabości do Czech, zostałaś w Kielcach? Tu studiowałaś?

Joanna: Niestety.

KwmK: No pięknie nam zareklamowałaś kieleckie uczelnie, nie ma co.

[Śmiech]

Joanna: Nie, nie! Chodzi o to, że chciałam posmakować świata, który na mnie czekał gdzieś dalej, ale nie było na to pieniędzy. Ale dzisiaj nie żałuję.

KwmK: A co tu jest fajnego dla Ciebie w tej chwili? Błagam, nie mów tylko o tym, że Kielce mają fantastyczne położenie.

Joanna: Dla mnie to świetne miasto do życia. Poza tym, że wszędzie jest blisko, to mam tutaj bardzo wielu znajomych i nigdy nie jestem sama. Wszystko, albo większość, mogę w tym mieście załatwić. Nie muszę czekać na hydraulika dwóch tygodni, tylko kilka godzin.

KwmK: Na okulistę czekasz tylko siedem miesięcy, a nie dwa lata. Czy jeszcze jakieś plusy?

[Śmiech]

Joanna: Nie jest najdrożej. Na przykład Kraków jest fajny, ale tylko turystycznie. Nie żeby tam mieszkać na stałe: tramwaje, beznadziejne powietrze, nie ma gdzie zaparkować. W Warszawie jest jakaś taka schiza, że wszyscy galopują, nikt nie ma czasu. Jeszcze gorzej, niż w Kielcach, bo tu też galopują, ale trochę inaczej. U nas jest spokojnie, czysto, estetycznie. Niestety jest wielu malkontentów. Cokolwiek by się nie działo, nie będzie się podobać. To jest taki model społeczny, psychologiczny. Lubimy narzekać. Wszystko zrobilibyśmy lepiej, a mimo to niczego nie robimy. A Kielce są naprawdę super.

KwmK: A rynek pracy?

Joanna: Faktycznie z pracą jest ciężko. Ale dobrze, przenosząc to na grunt Warszawy – czy tam naprawdę jest tak łatwo znaleźć pracę w biurach, w branży IT albo na innych specjalistycznych stanowiskach? Taką pracę, która daje perspektywy rozwoju i jest zgodna z kierunkiem studiów? Dla większości osób, które poświęciły kilka lat na naukę, naturalnym celem jest znalezienie pracy związanej z wykształceniem i zdobytymi kompetencjami. Nie oznacza to oczywiście, że praca w gastronomii, handlu czy usługach jest gorsza. Dla wielu ludzi gotowanie, praca z klientem czy tworzenie świetnej atmosfery w restauracji są źródłem satysfakcji i sposobem na samorealizację. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, praca w McDonaldzie to nie jest wymarzona praca dla kogoś, kto kilka lat studiował i chce się rozwijać zgodnie ze swoimi kwalifikacjami. Dla takich ludzi praca w sklepie odzieżowym, czy w McDonaldzie często jest rozwiązaniem przejściowym, a nie spełnieniem zawodowych ambicji. Każdy chce czegoś więcej, jakiegoś ułożenia w życiu, jakiejś takiej normalności, dobrych zarobków, samorealizacji. I mało jest osób dla których samorealizacją będzie wydawanie przez 8 godzin kotletów i frytek, czyli praca w której nie może wykorzystać zdobytych przez lata nauki umiejętności.

KwmK: Skoro mówisz o samorealizacji, jak Ty się spełniasz?

Joanna: Bardzo duże znaczenie ma dla mnie to, że mogę coś stworzyć. Czy są to rysunki, czy są to po prostu prace plastyczne, obrazy. To, że mogę to pokazać, jest odbiór, są jakieś reakcje, szalenie mnie cieszy. Czuję się spełniona, kiedy mogę pracować jako scenografka przy spektaklach albo przy filmach. To jest bardzo satysfakcjonujące.

KwmK: Widziałam efekty Twojej współpracy z Justyną Steczkowską – teledysk do utworu „Poza ramą”. Powiedz mi, jakie to było doświadczenie?

Joanna: Dostałam propozycję przygotowania scenografii do teledysku Justyny Steczkowskiej i razem z ekipą filmowców z Kielc, bo mamy tutaj takie środowisko filmowe działające dosyć aktywnie, pojechałam do Warszawy. Spędziłam tam kilka dni, było wynajęte studio. Bardzo duży stres oczywiście, pracować z kimś takiego formatu, z gwiazdą. Justyna jest miła, bardzo wymagająca, konkretna, ale nie gwiazdorząca. Wiedziała dokładnie czego chce. Chciała oglądać materiały na bieżąco, każdą scenę, która była realizowana. Jak nie podobało jej się coś, jakiś element, stanęła krzywo na przykład, albo że buty były krzywo zapięte, to trzeba było zrobić kolejnego dubla, bo Justyna Steczkowska jest perfekcjonistką.

1 z 7

KwmK: Oberwało Ci się za coś?

Joanna: Nie. Podobało jej się wszystko. Na początku było jednak pewne wyzwanie. Na teledysku widać, że biała wanna jest wypełniona czarną cieczą. Justyna zanurza się w tej cieczy, a potem się z niej wynurza. Jest cała czysta, a jednak ta ciecz jest czarna. Jak Pani Justyna poznała pomysł, była bardzo sceptyczna – bała się, że po zanurzeniu będzie brudna. Zdjęcia do sceny z wanną zajęły nam dwa dni. Nagotowałam siedem wiader kawy rozpuszczalnej, brązowej i zaparzyłam około pięciuset tabletek węgla na przeczyszczenie. Wlaliśmy to do wanny, ostudziliśmy, bo ciecz nie mogła być zbyt gorąca, żeby nie było widać pary. Justyna Steczkowska w pięknym kostiumie kąpielowym weszła do środka i nie mogła się nacieszyć, że w jedną i w drugą stronę – zanurzając się i się wynurzając… jest cały czas czysta.

KwmK: Skąd pomysł na taką właśnie mieszankę?

Joanna: Wiem, że są takie substancje, które mogą kłamać trochę. Czarna ciecz musiała być bezpieczna dla skóry i wypożyczonej wanny. Krok po kroku wykluczałam różne produkty. Najbezpieczniejsze wydały się naturalne materiały. Przetestowałam na sobie. Efekt był fajny, nic złego się nie działo. To siup, no i zrobiliśmy to!

KwmK: Pozostańmy trochę w temacie wyzwań. Z czego jesteś najbardziej dumna? Co uważasz z za swój największy życiowy sukces?

Joanna: Kierownictwo produkcji i scenografia w filmie Wyklęty. Obiektywnie ten film nie jest najlepszy, choć są osoby, które uważają go za rewelacyjny. Dobra, większość go nawet pewnie nie oglądała, ale ja jestem dumna, bo udało się przez trzy lata zrealizować pełnometrażowy film, na który wcześniej nie było dofinansowania. Poza tym, co jakiś czas pojawiają się w moim życiu takie wydarzenia, które nazywam Najlepszą Życiową Realizacją. Był taki moment, kiedy uważałam, że mój samodzielny wypad do Czech – samowystarczalność, samodzielne poznawanie Pragi, łażenie zaułkami, mysimi dziurami… to było po prostu coś! Myślałam, że nie będzie już nic więcej. 

KwmK: Ale było…

Joanna: Potem pojechałam w Alpy. Samodzielnie wlazłam na 3000 metrów po lodowcu, miałam chorobę górską, przywiesiłam flagę biało-czerwoną na szczycie. To było wspaniałe doświadczenie obserwować świat z góry, pić wodę z lodowca. W drodze powrotnej poślizgnęłam się na lodzie i zaczęłam spadać w czarną czeluść, pod skarpę, w głąb lodowca. Zatrzymałam się po kilkunastu metrach. Alpiniści pomogli mi wdrapać się z powrotem na szlak. To było dla mnie graniczne doświadczenie. Zaczęłam inaczej traktować Czas i Przestrzeń. Po kilku latach pojechałam z tatą do Gruzji. To tylko 3 tys. kilometrów, ale inny świat. Nigdy nie byłam tak daleko. Oglądam zabytki z początków chrześcijaństwa, zobaczyłam Kaukaz, poznawałam tradycje i kulturę Gruzji. Chyba zakochałam się w tym wszystkim. Wtedy myślałam, że nic nie jest w stanie przebić tych doznań.

KwmK: I znów się pomyliłaś?

Joanna: Tak, bo potem jednak przyszedł zupełnie z kosmosu film. Nie skończyłam żadnej uczelni w tym kierunku, a zostałam kierownikiem produkcji i scenografem filmu fabularnego, który potem wyświetlany był w różnych miejscach na świecie. Przez długi czas nic tego nie pobiło, aż pojechałam do Nepalu. Znów sama szwendałam się  po zakamarkach Bhaktapur i odkrywałam zupełnie inny świat. Potwierdziło się to, co powiedział mój przyjaciel Ravi: wiedza zdobyta w Europie, nie ma żadnego zastosowania w Nepalu. Tutaj wszystko jest inne. 

Zaskoczyła mnie autentyczna duchowość, wiara, oddanie Bogu (Bogom). Kobiety, które wstają o świcie, żeby przed pójściem do pracy złożyć Bogom ofiary z kwiatów i ryżu, pomodlić się. Brzegi świętej rzeki Bagmati z kremacyjnymi stosami i rodzinami pojącymi ostatnim łykiem wody swoich bliskich zmarłych. Architektura XVII wiecznych miast – państw. Bogactwo duchowe i materialne. To całkiem obcy świat, kojarzący się raczej z Himalajami, klasztorami i mnichami buddyjskimi, mylony z Tybetem albo z Indiami. Odkryłam coś nowego. Źródło wiedzy, której nigdy wcześniej nie miałam okazji poznać. Znalazłam skarb. Już w samolocie do Polski zaczęłam planować powrót do Nepalu. Mam tam przyjaciół. Podobno za moją polską nauczycielską pensję mogłabym wynająć dom i całkiem wygodnie żyć. Ale na razie chyba nie chciałabym podejmować aż tak radykalnych decyzji. Póki co, będę tam tylko podróżować. Bardzo tego chcę, za tym tęsknię.

1 z 6

KwmK: Wiemy zatem, że lubisz wyzwania, nowości. One wiążą się z pewnym ryzykiem. Nie boisz się porażek?

Joanna: Nie myślę o nich. Jeśli coś mi nie wyjdzie myślę, jak to zreperować, obejść i zrobić tak, żeby było jak planowałam. Zniechęcam się rzadko. Można powiedzieć, że tylko wtedy, kiedy absolutnie nie ma już wyjścia. Kiedy dochodzę do ściany i nie ma żadnego rozwiązania. Wtedy dopiero mnie to blokuje. Tak było na przykład w przypadku moich planów macierzyńskich.

KwmK: Kilka lat temu w jednym z wpisów na swoim profilu na FB napisałaś coś bardzo poruszającego.

„Nie mam dziecka i mieć nie będę. Nie mogę. Bardzo bym chciała, ale nie mogę. To mój osobisty dramat. Zrobiłam wszystko, co mogłam, poruszyłam Niebo i Ziemię. Walczyłam kilka lat. Wiecie, na co mnie stać. Znacie mnie. Nie wyszło. Ten jeden raz nie wyszło.

Joanna: Tak, pamiętam ten wpis, jest aktualny. Bardzo chciałam być mamą, ale nie wyszło.

KwmK: Mówisz o tym bardzo otwarcie, jednocześnie zaznaczasz, że nigdy się z tym nie pogodziłaś.

Joanna: Mogę o tym rozmawiać, bo to nie jest żadna tajemnica. W wieku trzydziestu kilku lat okazało się, że mimo starań nie mogę zajść w ciążę. Przyjaciółka namówiła mnie, żebym poszła do profesora Rokity, lekarza z olbrzymią wiedzą i doświadczeniem, specjalistą od trudnych spraw. Kontrowersyjny, dziwny, ale jest świetnym specjalistą. No i poszłam do niego i go pokochałam.  Niezwykły człowiek, do tego z wielkim poczuciem humoru.

KwmK: Też byłam jego pacjentką. Uwielbiałam ten jego sarkazm i hardcorowe poczucie humoru.

Joanna: Był wyjątkowym specjalistą. Po serii badań pojawiła się diagnoza: jestem niepłodna. Niepłodna nie znaczy bezpłodna. Czyli jest nadzieja. To znaczy była. Przeszłam dwa zabiegi HSG, terapię hormolalną, laparoskopię jajowodów. Mąż też przeszedł serię badań. Robiliśmy co mogliśmy. Odpoczynek, zdrowa dieta, znów badania, kolejne leki, kolejne terapie. Prof. Rokita zrobił wszystko co mógł. Trudno, takie życie. Nie będę mieć dziecka. Tak sobie powtarzam, ale nie pogodziłam się z tym nigdy.

KwmK: Szukaliście pomocy dalej?

Joanna: Po zakończeniu leczenia w Kielcach zdecydowałam się na Warszawę. Jeździłam tam co miesiąc na badania i na kolejną terapię hormonalną. Byłam już tak pokłuta w obu rękach, że ciężko było pobierać krew. Przygotowywaliśmy się z mężem do inseminacji. Mogliśmy wejść do projektu in vitro, bo jakieś nowe leki wchodziły na rynek i potrzebna była grupa badawcza, no ale jednak w to nie weszliśmy. Mój mąż jest bardzo religijny.

KwmK: Myśleliście o adopcji?

Joanna: Namawiali nas na to znajomi, ale czułam się za stara.

KwmK: A ile miałaś lat wtedy?

Joanna: Już trzydzieści siedem chyba. Wiesz, teraz są zupełnie inne czasy. Nie jest teraz dziwne, że czterdziestolatki po prostu zostają mamami po raz pierwszy. Poza tym znałam przypadki, kiedy, pojawiało się wiele komplikacji, dzieci i rodzice nie umieli sobie z tym poradzić i doprowadzało to do wielu tragedii. Jak dziecku powiedzieć, że nie jest się jego biologicznym rodzicem? Różnie sobie ludzie z tym radzą, z powiedzeniem tej prawdy. Czy ona jest konieczna, czy jest niekonieczna? Co jest uczciwe a co nie? To różnie to wygląda. 

KwmK: Bałaś się ewentualnych komplikacji, jakie mogła nieść adopcja? 

Joanna: Tak. Bałam się konsekwencji, tego, że dziecko mnie nie pokocha, nie zaakceptuje, kiedy się dowie, że nie jestem matką. Chociaż wtedy byłabym w stanie poświęcić wszystko. Chciałam przebudować całkowicie mój sposób życia, pracy. Poświęcić się macierzyństwu. Nic tego nie wyszło niestety. W tamtym okresie ubierałam na przykład choinkę i specjalnie kupowałam kolorowe zabawki, bajkowe ozdoby, żeby zachęcić ten tajemny pierwiastek z kosmosu, żeby życie zamieszkało we mnie. Liczyłam, że w ten magiczny sposób ściągnę to upragnione dziecko.

KwmK: To musiało być dla Ciebie bardzo bolesne.

Joanna: Potem przez bardzo długi czas, w okresie świąt Bożego Narodzenia, nie byłam w stanie chodzić do centrów handlowych i sklepów. Widząc rodziny z dziećmi, mamusie wybierające małe ubranka, przesuwające się na taśmie małe buciki, ryczałam jak bóbr.

KwmK: Jak jest teraz Asiu? Rana choć trochę się zasklepiła?

Joanna: Czuję, że jestem niepełnosprawna. Tylko tego nie widać. Mam w sobie bardzo dużą ranę, niespełnienie. Chyba tę miłość, zaangażowanie i wszystko co mogę dać, przelałam na pracę z uczniami. To są moje dzieci. 

KwmK: Dotykasz bardzo ważnego tematu. Wiele kobiet nosi w sobie podobny ból, ale niewiele potrafi powiedzieć o nim tak otwarcie.

Joanna: Nieraz są gorsze dni, miewam doła i walczę. Wraca to do mnie cały czas. Boję się, że kiedyś będę stara, niedołężna i będę myślała, co dobrego zrobiłam w życiu, a co powinnam była zrobić, a nie zrobiłam. Teraz i tak nic już z tym tematem nie zrobię, bo wiem, że jestem za stara na dziecko.

KwmK: Szukałaś profesjonalnej pomocy, kogoś, kto pozwoli Ci zaakceptować stratę, przeżyć taką żałobę, po niespełnionych oczekiwaniach, czy zmagałaś się z tym sama?

Joanna: Sama. Myślałam, żeby się wybrać do psychologa, ale nie potrafię. Nie mam właściwie z kim porozmawiać o tym temacie. Boje się, że nie zostanę zrozumiana, albo zostanę źle zrozumiana. Nie chciałabym być odebrana jako osoba, która przyszła sobie ponarzekać. Brak dziecka jest dla mnie dramatem i tragedią. Miewam stany depresyjne. Niestety mam w sobie jakąś blokadę i wydaje mi się, że nie jestem gotowa na psychoterapię. Staram się sobie jakoś radzić.

KwmK: A czy wykorzystujesz może do tego Twoje możliwości artystyczne? Coraz więcej osób docenia różnego rodzaju terapie opierające się na sztuce, wykorzystujące kreatywność i wyobraźnie, by radzić sobie z gorszymi momentami.

Joanna: Gdy jestem szczęśliwa, jestem bardzo kreatywna. Miłość mnie napędza i daje mi skrzydła. Smutek działa na mnie inaczej. Kiedy próbuję coś namalować albo narysować, gdy mam dołek, to zazwyczaj mi nie idzie. Potem zaczynam się denerwować i nakręcać, że jestem beznadziejna… i wtedy już całkiem mi nie idzie. Rozklejam się, siedzę w pracowni, i próbuję się wziąć w garść, żeby wyjść na świat i nie straszyć ludzi wyglądem.

1 z 17

KwmK: I co wtedy?

Joanna: To wtedy… idę na ciuchy. Grzebię w taniej odzieży bez opamiętania. Znajduję różne perełki. O tak! Bardzo to lubię! A jak brakuje taniej odzieży, to idę do galerii handlowej, i kupuję prawdziwe ubrania w prawdziwym sklepie z myślą, że z pewnością ich potrzebuję. Choć to nieprawda.

KwmK: Wiesz…podobno zakupy są tańsze niż psychoterapia.

[Śmiech]

Joanna: Kiedy wracam z polowania, włączam komedię. Gapię się w ekran, stopniowo angażuję w historię, i przestaję myśleć o smutkach i problemach. Do napisów końcowych.

KwmK: A co ostatnio poprawiającego nastrój oglądałaś?

Joanna: „Nie zadzieraj z fryzjerem”.

KwmK:  Brzmi bardzo…yyy…intelektualnie.

[Śmiech]

Joanna: Film strasznie głupi, ale odniósł pożądany efekt.

KwmK: To najważniejsze. A co poza odmóżdżającymi komediami daje Ci energię i pozytywnego „kopa”?

Joanna: Przede wszystkim czerpię siłę z tego, co robię, co daje mi moja praca z dziećmi, pedagogika i moje artystyczne realizacje. To jest takim kołem napędowym do życia. Uwielbiam dzieci, są wspaniałe.

KwmK: Co w nich takiego, czego nie ma w dorosłych?

Joanna: Jest prawda. Prawda zachowania, prawda emocji. Dzieci są po prostu autentyczne. Bardzo lubię obserwować jak o czymś opowiadają, a w ich oczach pojawiają się iskierki. Dzieci mają w sobie ogrom pomysłów, wielką inwencję twórczą. Ja kocham dawać im natchnienie historiami i opowieściami, które snuję podczas zajęć. I to jest tak cudowne, patrzeć na te ich twarze pełne emocji. Robimy wspólnie coś fajnego, ich troski odpływają, a ja czuję, się spełniona. Uwielbiam pracę z dziećmi.

KwmK: A z dorosłymi jak się pracuje? Inaczej?

Joanna: Inaczej. Dzieci są wymagające. Dorośli tez są wymagający, ale to jest coś innego. Oni często bywają roszczeniowi. To jest toksyczne i bardzo tego nie lubię. Bo mnie się należy, bo ja chcę i mam mieć! Takie podejście wywołuje nieprzyjemne sytuacje. Z dziećmi i młodzieżą raczej nie mam takich problemów. Dość szybko łapiemy kontakt. Zaczyna się niewinnie, a kończy na opowiadaniu przeze mnie strasznych historii i ciekawostek ze świata historii powszechnej, kultury i folkloru.

KwmK: Słuchają?

Joanna: Tak. Są zainteresowani, zadają pytania, często proszę o ciąg dalszy opowieści.

KwmK: Uczyłaś moje dziewczyny, więc co nieco słyszałam o Twoich magicznych metodach. Otwierasz dzieci, zachęcasz je do aktywności, pokazujesz im coś nowego. Dajesz im przede wszystkim czas, prawo do emocji i autonomię. Mam wrażenie, że oferujesz im to, czego w pierwszej lepszej szkole na plastyce, niestety nie dostaną.

Joanna: Niestety szkoła w dalszym ciągu zabija kreatywność, sama przecież uczę metodyki nauczania plastyki na UJK, ale mimo wszystko nadal jest tak, że nauczyciele realizują jeden do jednego wszystko, co jest napisane w podstawie programowej, trudnym, technicznym językiem. I w równie techniczny, trudny i nieatrakcyjny sposób prowadzą zajęcia. Zamiast oprzeć się na tej podstawie i spróbować autokreacji, a co za tym idzie, realizacji swoich pomysłów, tematów w taki nieszablonowy sposób. Bo to wtedy pociąga dzieci.

KwmK: Rozumiem, że uważasz, że w szkole państwowej jest możliwe takie realizowanie podstawy? Nieszablonowe, kreatywne, angażujące i zwyczajnie ciekawe?

Joanna: Jak najbardziej. Tkwiłam w tym systemie, a teraz z nim walczę.

KwmK: Bardzo miło to słyszeć. Bo wiesz, nauczyciele często tłumaczą brak zaangażowania i podejmowania walki z nudą na lekcjach związanymi przez system rękami.

Joanna: System na pewno nie ułatwia pewnych działań, ale  myślę, że dla chcącego nic trudnego, prawda? Mamy lekcje plastyki na dany temat. Rezerwuję trzy jednostki lekcyjne. Pracujemy czasami przez dwie lekcje, czasami przez trzy lekcje. Nie mam mowy o wykonaniu dobrej pracy plastycznej w ciągu pół godziny. U mnie wygląda to tak. Mam podręcznik. Mamy zajęcia związane z historią fotografii. Z fotografią jako taką. Można się zamknąć w ciągu jednej lekcji i to zrealizować jako wykład. Może nawet z jakimś małym pokazem. I koniec. Ale można też zrobić wprowadzenie. Jak ta historia fotografii się rozwijała. Zaprezentować pierwsze próby fotograficzne. Jak to się później przyrodziło w film. Pokazać dzieciom pierwsze próby fotograficzne, narzędzia do robienia zdjęć, pokazać pierwsze filmy – Podróż na Księżyc, Współczesne Czasy, pokazać jak powstawały efekty specjalne, kiedy nie było komputerów ani CGI. Opracować plan mini pleneru fotograficznego.

KwmK: Czyli da się, ale trzeba przede wszystkich chęci i zaangażowania pedagoga. szukać sposobu, nie powodu.

Joanna: Ja tak robię. Wychodzimy na szkołę, którą traktujemy jako rodzaj studia fotograficznego. Daję dzieciakom wybór, do dyspozycji kilka tematów. Najbardziej lubię robić urbexy. Jak zrobić, żeby to był urbex? No to sztuczna inteligencja, filtry i wchodzimy już w kolejny element fotografii – w obróbkę cyfrową, ale przede wszystkim wyobraźnia i praca samodzielna. Nie gotowe szablony. Dobry prompt też trzeba umieć napisać. Dobrać odpowiedni filtr, dodać kontrast lub zabrudzenie. To wszystko łączy się z fotografią. Tylko nie ma tego w podręczniku. To trzeba samemu chcieć pracować i się tym bawić.

KwmK: Kontakt z dziećmi, samorealizacja, możliwość tworzenia dają Ci radość. Kiedy jeszcze czujesz się szczęśliwa?

Joanna: Spokój, bezpieczeństwo.

KwmK:  A nie masz tak, że męczy Cię trochę, jak jest za dużo spokoju?

Joanna: Nie. Ja bardzo czekam na taki czas. Uwielbiam święta…albo wakacje. Albo jak jestem chora w domu, albo leżę w szpitalu. Trochę dziwnie się wtedy czuję, bo nie muszę niczego robić i martwić się, że o czymś zapomniałam. To jest taki moment, kiedy mogę sobie usiąść po prostu w fotelu i gapić się w przestrzeń. Bez przymusu czuję się komfortowo. Mogę sama zaplanować, jak chcę spędzić czas. Mogę po prostu leżeć albo spać. Kocham spać. Gdyby ktoś płacił mi za to, że śpię, mogłabym być bardzo bogata. Potrafię usnąć wszędzie, jeśli jestem zmęczona. A że jestem często zmęczona, to usypiam w każdym miejscu w którym mam chwilę spokoju. W autobusie, w samolocie, w pociągu, w teatrze, w kinie, w pracowni na podłodze. Albo proszę męża o trzy książki, a on mi przynosi piętnaście, i mogę sobie czytać przez całe zwolnienie lekarskie. I to jest szczęście.

1 z 12

KwmK: Można się wtedy cieszyć małymi rzeczami, na które w ciągłym pędzie nie zwraca się uwagi.

Joanna: Kiedy nie muszę chodzić do pracy, lubię robić jedzenie dla mojego męża. Wcale nie muszę. On sobie może sam zrobić jedzenie, ale to fajne móc go nakarmić. On się cieszy wtedy. To jest takie przyjemne, domowe i bezpieczne.

KwmK: Rutyna i małżeństwo dają Ci poczucie bezpieczeństwa?

Joanna: Dają. Lubię stabilizację.

KwmK: Od dawna wypracowujecie tę rutynę?

Joanna: Od 2011 roku jesteśmy małżeństwem, ale razem od 2001 roku. 

KwmK: A jak to jest być w takim wieloletnim związku? To fajne, a może trochę męczące i nudne?

Joanna: Różnie to bywa.

KwmK: A co przeważa? Bardziej męczące, czy bardziej fajne? Wolisz stabilizację, czy motylki w brzuchu?

Joanna: Euforia i motylki są naturalne  na samym początku, ale to jest taka trochę ułuda. Wolę dojrzały związek, oparty na miłości i przyjaźni. 

KwmK: Te motylki w brzuchu zastąpiła stabilizacja i pewność?

Joanna: Wiesz co, w sumie to ja czuję w dalszym ciągu motylki, jak się tam gdzieś rozjedziemy, bo mój mąż musi jeździć, czasem nie ma go dłuższy czas…Jak go nie ma przy mnie, to się zastanawiam, co robi, gdzie jest, jak się czuje. 

KwmK: To jaka jest recepta na taki związek? 

Joanna:  Chyba fascynacja intelektualna. 

KwmK: A jesteście podobni? 

Joanna: Różni, trochę jaka woda i ogień. Podobno wszyscy się dziwią,  co nas mogło połączyć. Mój mąż jest bardzo spokojny,  a ja podobno jestem bardziej energetyczna i wybuchowa. Zupełnie do siebie nie pasujemy. Jak ktoś nas widzi po raz pierwszy, to na twarzy maluje mu się pytanie: On jest jej mężem? Ona jest jego żoną? 

KwmK: Czyli połączył Was intelekt. Czy to cecha którą najbardziej cenisz u ludzi?

Joanna: Marcin, gdy go poznałam, zaimponował mi ogromną wiedzą i właśnie intelektem. Pięknie opowiada o historii…Przez prawie 20 lat był aktorem teatru Stefana Żeromskiego. Uwielbiam słuchać jak mówi. Jeśli natomiast pytasz o to, co lubię w ludziach, tak ogólnie, to szczerość, taką dobrze rozumianą, spontaniczność i entuzjazm. Cenię chęć podejmowania nowych wyzwań, otwartość na świat, przygody. Lubię wariactwa i absurd myślowy. Potrafię się śmiać przy prymitywnych żartach, ogólnie uznanych za dno dna.  Ale to są takie momenty. To nie jest coś, co mnie definiuje. Bardzo lubię inteligentny żart. Po prostu są ludzie, którzy mają tak błyskotliwy intelekt, myślenie, celne riposty, że nie umiem oprzeć się ich urokowi. I na tej zasadzie też buduję relacje, nawiązuję kontakty. Nie potrafiłabym stworzyć jakiegokolwiek związku, znajomości z kimś, kto jest po prostu głupi. Czekaj. Jezu, źle to brzmi. To też jest trudne do zdefiniowania.

KwmK: Chodzi Ci o intelektualną kompatybilność, otwarty umysł.

Joanna: Tak. Wiesz co? W dzisiejszych czasach wielkim problemem jest brak dystansu i przypisywanie innym złych intencji. My sobie tutaj możemy pogadać i doskonale się rozumiemy, mam wrażenie, ale jak to pokażesz w Internecie,  to ludzie źle to odbiorą i napiszą, że jestem przemądrzałą hejterką.

KwmK: Niestety obserwuję to codziennie…Trzeba bardzo uważać, by forma przekazu nie dyskredytowała treści. Czasami ludzie mają do powiedzenia coś naprawdę ważnego…ale jeśli przekażą to w zły sposób inni zauważą jedynie to, że Autor wypowiedzi jest chamem, prostakiem, agresorem, a całej wypowiedzi nadadzą sprzeczny z intencjami autora sens. Ludzie nie chcą, albo nie umieją wyłapać żartu, sarkazmu. Dystans zastąpiony został przesadą. Ja być może się dowiem, po tej publikacji, że zamiast korzystania z psychoterapii polecam zakupy, bo są tańsze.

Joanna: Dzisiaj niemal wszystko jest hejtem. Większość ludzi teraz nawet w jakiejś drobnej uwadze, zwykłej krytyce, która nawet powinna być motywująca, znajdzie coś, do czego się można przypie**olić. Takie doszukiwanie się złych intencji to jest jakaś zmora. Kiedyś chyba tak nie było, albo nie było to tak widoczne jak dziś.

KwmK: Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają. Joanno, a jakbyś miała porównać siebie z teraźniejszości, do Asi 20 lat temu?

Joanna:  Kiedyś naiwna gąska patrząca takimi bawolimi, ślepiami na świat. Tyle możliwości, wszystko jest piękne, słoneczko świeci, zwierzątka się cieszą, kwiatuszki kwitną…

KwmK: A teraz?

Joanna: Potrafię twardo stąpać po ziemi, ocenić ryzyko podejmowanych decyzji. I nie ufam ludziom. Wiesz, to jest takie dziwne, bo mam wielu znajomych, ale niewielu przyjaciół. Tylko ciężko jest mi zaufać ludziom, kiedyś tego nie miałam. Nie sądziłam, że ktokolwiek może mieć złe zamiary, że chce mnie zrobić w konia, albo wykorzystać. Taka naiwność młodzieńcza. Teraz już bardziej okrzepłam, potrafię rozwiązywać problemy, nie boję się podejmować wyzwań, ale jestem ostrożna jeśli chodzi o ludzi. Ulegam emocjom, to się nie zmieniło przez całe życie. I ciągle szukam…

1 z 6

KwmK: Asiu całym sercem życzę Ci owocnych poszukiwań, wspaniałych pomysłów i realizacji. Na zakończenie… Co byś chciała powiedzieć dziewczynom, które będą czytały tę rozmowę? Może jakaś złota uniwersalna myśl?

Joanna: Sama nie wiem…Żeby się nie bały życia. Podejmowały wyzwania. Próbowały ugryźć to, co przyniesie los. Nie rezygnowały ze swoich marzeń. To bardzo brzmi tak górnolotnie, ale właśnie tego bym wszystkim życzyła – podążania za pragnieniami, marzeniami i intuicją. Wiele nas jeszcze w życiu czeka i nawet się tego nie spodziewamy.

KwmK: Dziękuję Ci za rozmowę.

Joanna: Również dziękuję.

Chcesz zainspirować nasze Czytelniczki swoją historią i być bohaterką takiej rozmowy? Wyślij do nas wiadomość poprzez formularz kontaktowy.

Inne rozmowy z serii Kobieta taka jak Ty:

guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Oksana

„ludzie źle to odbiorą i napiszą, że jestem przemądrzałą hejterką.”
Nie jesteś. Jesteś szczera i jesteś sobą, cenię u ludzi taką naturalność. Miło było Cię poznać przez ten wywiad

Wera123

Z jednym się nie zgodzę. To jest wywiad i to porządny wywiad! W Kielcach brakuje takiego dziennikarstwa. Brakuje też ludzi takich jak pani Joanna. Wzruszyłam się i uśmiałam. Czekam na kolejne wywiady!