Otulić Dobrem
Ekspert

Stoisz w kuchni z kubkiem herbaty. Ktoś bliski mówi coś, co jeszcze kilka lat temu w ogóle by Cię nie ruszyło. A Tobie w jednej chwili robi się gorąco. Słowa, które masz na końcu języka, są o trzy numery za duże na to, co się właśnie wydarzyło. Wiesz to. I mówisz, mimo wszystko. Albo nie mówisz, tylko przegryzasz wargę tak mocno, że potem czujesz ból przez kolejne pół godziny. Albo wstajesz i wychodzisz, zostawiając w kuchni ciszę, w której ktoś próbuje zgadnąć, co właściwie zrobił źle.
Chwilę później przychodzi to drugie uczucie. Wstyd. Ten, który osiada w środku i mówi: zrobiłaś z siebie zołzę, znów. Albo: jestem trudna, jestem za bardzo, ludzie się ode mnie odwracają, i mają rację. Albo, najgorsze: to jest moja wina, bo to ja noszę ten ogień.
Jeśli to czytasz i coś w Tobie właśnie zacisnęło się w pięść, ten tekst jest dla Ciebie. Jest też dla Ciebie, jeśli właśnie pomyślałaś sobie, że Ciebie to nie dotyczy, bo Ty się przecież nie wściekasz, Ty jesteś tylko strasznie zmęczona. Albo, że Ty po prostu nie znosisz ludzi, masz alergię na głupotę, ale to nie jest złość, to po prostu prawda o świecie. Albo, że Ty się wcale nie złościsz, Ty się tylko cały czas obwiniasz, że nie umiesz już tego bajzlu ogarnąć.
To wszystko jest gniewem. Tylko o różnych obliczach.
Gniew po traumie rzadko płonie w jeden sposób. Czasem bucha płomieniem, czasem tli się latami, czasem zamarza w popiele, o którym nikt już nie pamięta, że kiedyś był gorący. Każdą z tych form warto poznać osobno. Bo każda z nich o czymś innym Ci mówi.
Ten najgłośniejszy to wybuch. Podniesiony głos, ostre słowo, drzwi zamknięte odrobinę za mocno. Czasem zaskakuje nawet Ciebie samą, bo wcale nie planowałaś tak zareagować na to, co właśnie ktoś powiedział. To wersja gniewu, którą wszyscy wokół najszybciej zauważają. W głowach mamy ten obraz zapisany jako "tę prawdziwą złość", choć paradoksalnie u kobiet po traumie wybuch gniewu jest często ostatnią z pojawiających się form.
Ten najcichszy to gniew, który zwracasz przeciwko sobie. Powinnam była zauważyć wcześniej. Powinnam była się obronić. Powinnam była nie ufać. Powinnam była być silniejsza, mądrzejsza, czujniejsza, jakakolwiek - byle inna niż byłam. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, prowadzisz przeciwko sobie proces, w którym jesteś jednocześnie oskarżonym, prokuratorem i sądem. I który nigdy się nie kończy. Z zewnątrz to wygląda jak skromność, dojrzałość, poczucie odpowiedzialności. W środku jest po prostu ciężko. Badania pokazują wyraźnie: ze wszystkich form gniewu po traumie to właśnie ten, obrócony do wewnątrz, razem z wysiłkiem stałego kontrolowania złości, jest najsilniej powiązany z zespołem stresu pourazowego (PTSD). Mocniej niż gniew, który wybucha na zewnątrz. U kobiet ta wewnętrzna ścieżka gniewu bywa szczególnie dobrze wydeptana, bo kulturowo to ona jest dla nas "dozwolona" w pierwszej kolejności, a nawet więcej, jest najczęściej jedyną dozwoloną w ogóle.
Ten przebrany za inteligencję to gniew, który tli się pod sarkazmem i cynizmem. Nie krzyczysz, nie obwiniasz siebie wprost, po prostu masz coraz "ostrzejsze pióro". Cięty komentarz na każdą okazję. Coraz mniej cierpliwości, coraz więcej dystansu, coraz częstsze przewracanie oczami. To gniew, który zamienia Cię w kobietę "twardą", choć pod tą twardością siedzi dokładnie ta sama wrażliwość, co wcześniej, tylko teraz oblepiona warstwą goryczy. W literaturze klinicznej nazywa się to chroniczną wrogością i jest jednym z lepiej udokumentowanych skutków długotrwałej traumy interpersonalnej.
Ten zamrożony to z kolei wersja paradoksalna. Mówisz, i święcie w to wierzysz: ja się nie złoszczę, ja w ogóle niewiele czuję. I masz rację, na powierzchni. Ale Twoje ciało pamięta. Ramiona są stale lekko podniesione, jakbyś czekała na cios. Szczęka boli wieczorami, jakbyś cały dzień coś przegryzała. Sen przychodzi z trudem, a kiedy w końcu przychodzi, przynosi sceny, w których ktoś goni, atakuje, zdradza. Współczesna psychotraumatologia coraz wyraźniej pokazuje, że trauma żyje nie tylko w głowie, ale i w układzie nerwowym, a emocjonalne odrętwienie jest często formą obrony przed uczuciami, które wydają się nie do udźwignięcia. Pod odrętwieniem bardzo często leży właśnie gniew. Tak głęboko schowany, że Ty sama nie masz do niego dostępu.
I ten ostatni, najbardziej rozproszony, to gniew będący filtrem na świat. Pani w sklepie jest niemiła. Kierowcy są tępi. Sąsiad jest głośny. Kolejka jest za długa. Każde z tych zdań może być prawdziwe. Tylko że kiedy brzmią wszystkie naraz, codziennie, przez lata, to nie jest opis świata. To opis tego, co masz w sobie. Świat się aż tak nie zmienił. Po prostu zaczęłaś go widzieć przez ciemne szkło, którego sama na sobie nie zauważasz.
Mało która kobieta po traumie reaguje wszystkimi formami gniewu naraz. Ale prawie każda rozpozna przynajmniej jedną z nich. A wstyd, którym zwykle reagujemy na własny gniew, każe nam tę formę gniewu najpierw schować, potem zaprzeczyć, że ją mamy, a na koniec znienawidzić siebie za to, że ona dalej tam jest.
Gniew po traumie rzadko bywa pierwszą emocją w kolejce. Częściej jest tą, która wyszła naprzeciw, żeby reszta nie musiała.
Edna Foa, jedna z najbardziej znanych badaczek terapii traumy, opisała ten mechanizm w połowie lat dziewięćdziesiątych. Gniew po traumie często działa jak tarcza. Pod nim, w środku, prawie zawsze siedzi coś dużo bardziej miękkiego: lęk, strach, bezradność, smutek, wstyd, poczucie winy lub rana po zdradzie. Coś, czego nie da się przeżyć w pięć minut, na stojąco, w trakcie zwykłego dnia. Gniew jest wtedy jak ciężki koc, który zarzucasz na te wszystkie inne uczucia, aby móc znów iść do pracy, odbierać dzieci ze szkoły, robić zakupy, odpisywać na wiadomości.
I to, paradoksalnie, ma sens. Krótkoterminowo. Gniew daje energię, daje pozorne poczucie kontroli, trzyma na dystans rzeczy, których nie udźwigniesz, jeżeli dopuścisz je za blisko. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ten koc tkwi wciąż w tym samym miejscu miesiącami i latami. Bo wtedy szkodzi już nie temu, co jest pod nim, tylko Tobie. Twojemu ciału, które nie potrafi przestać być w gotowości. Twoim relacjom, w których ludzie częściej reagują na Twoje napięcie, a nie na Ciebie. Twojemu snowi. Twojej zdolności do ciszy.
I tu pojawia się rzecz, o której rzadko mówimy głośno: kobietom jest z tym wszystkim trudniej niż mężczyznom. Nie dlatego, że nasze emocje są inne. Ale dlatego, że uczono nas od małego, że mamy być ciepłe, miłe, opiekuńcze, niewybuchowe. Mamy nie krzyczeć. Mamy się uśmiechać, kiedy nam ciężko, żeby nikomu nie zepsuć dnia.
Profesor Kristin Neff, która od ponad dwudziestu lat bada zjawisko, które po polsku nazywamy samowspółczuciem, mówi wprost: kobietom nie wolno być gniewnymi. Społecznie, kulturowo, w pracy, w domu. A ponieważ gniew jest naturalną reakcją organizmu na krzywdę, to kobieta, która została skrzywdzona, dostaje od świata podwójną pracę domową: przeżyć to, co Cię spotkało, i jednocześnie nie być z tego powodu trudną dla otoczenia. Stąd właśnie tyle wstydu wokół naszej własnej złości. I stąd tak często nie poznajemy jej u siebie, kiedy przychodzi np. w przebraniu autoagresji albo cynizmu.
Tu jednak zaczyna się ta najpiękniejsza, moim zdaniem, część badań Neff. Bo samowspółczucie, które najczęściej kojarzymy z czymś miękkim i kojącym, w jej rozumieniu ma również dwa oblicza. I oba są kobiecie po traumie potrzebne.
Pierwsze to samowspółczucie czułe. Głos, który mówi: wiem, że jest Ci ciężko. Nie musisz nic udowadniać. Możesz tu po prostu być, w tym, co czujesz, i to jest w porządku. Ten rodzaj samowspółczucia jest balsamem na wstyd. Pozwala nie nienawidzić siebie za to, że nadal masz objawy, że nadal się boisz, że nadal czasem wybuchasz albo zamarzasz. Badania pokazują, że ten czuły wymiar samowspółczucia istotnie obniża nasilenie objawów PTSD, depresji i lęku po doświadczeniu traumy.
Drugie to samowspółczucie waleczne. Neff nazywa je obrazem matki-niedźwiedzicy, która stoi wyprostowana nad swoim młodym i mówi światu: odsuń się. Ten rodzaj samowspółczucia nie szepcze, ono głośno protestuje. Mówi nie temu, co Cię krzywdzi. Stawia granicę. Wycofuje zgodę, której wcześniej, ze strachu albo zmęczenia, dawałaś wszystkim wokół. I, co najważniejsze, uznaje Twój gniew jako sygnał, że coś faktycznie jest nie tak, a nie jako defekt Twojego charakteru.
Czuły wymiar samowspółczucia mówi Twojej złości: widzę cię, mam dla ciebie miejsce. Waleczny wymiar mówi: masz rację, że tu jesteś. Coś rzeczywiście wymaga obrony. Pomogę ci wybrać, czego bronimy i jak.
Bez czułego wymiaru, sama waleczność staje się tym, czego się boimy: zgorzknieniem, twardością, wojną ze wszystkimi i wszystkim. Bez walecznego, sama czułość staje się rezygnacją, rozpuszczaniem się w cudzych potrzebach, kolejnym "nic się nie stało, ja sobie poradzę". Dopiero razem dają coś, co jest realną siłą.
Dla kobiety po traumie to ma jeszcze jedno znaczenie. Twój gniew, niezależnie od tego, w którym wariancie dziś się pokazał, nie jest Twoim wrogiem. Jest pierwszą wiadomością od Twojej wewnętrznej niedźwiedzicy, że gdzieś w środku coś wymaga obrony. Pytanie nie brzmi więc jak go zminimalizować lub jak się go pozbyć. Pytanie brzmi: co ten gniew mi mówi i jak mogę to dać sobie inaczej, niż spalając się od środka.
Twój gniew nie musi być Twoim domem. Może być punktem na mapie, miejscem, w którym coś boli i prosi o uwagę.
Thich Nhat Hanh, którego cytat otwiera dzisiejszy post, to zmarły niedawno wietnamski mnich, który przeżył wojnę i przez całe życie pisał m.in. o gniewie. Nie traktował go jednak jak trucizny ani jak wroga. Traktował go jak dziecko. Płaczące, krzyczące, wymagające, ale wciąż - dziecko. Coś w środku Ciebie, co potrzebuje wyrozumiałości i dobroci, a nie sędziego.
I to jest ta najważniejsza rzecz, którą chciałybyśmy Ci dziś powiedzieć.
Niezależnie od tego, czy Twój gniew dziś jest wybuchowy, czy obrócony przeciwko Tobie, czy schowany pod sarkazmem, zamrożony pod warstwą zmęczenia, czy rozlany na cały świat - to Ty jesteś tą, która go dźwiga. Ty go czujesz. Ty przy nim nie śpisz. Ty po nim nosisz wstyd. Nie sprawca Twojej krzywdy. Nie Twoi bliscy. Nie świat. Ty.
To nie znaczy, że masz przestać się złościć. Naprawdę nie o to chodzi. Chodzi o to, że Twój gniew nie musi być Twoim domem. Może być punktem na mapie, miejscem, w którym coś boli i prosi o uwagę. Może być znakiem, że trzeba Cię obronić, ale nie obroną samą w sobie. Tę robotę da się powierzyć komuś innemu - Twojej wewnętrznej niedźwiedzicy, ale takiej, która działa z miłości, a nie z paniki. Albo tej matce z cytatu, która przychodzi do płaczącego dziecka i nie pyta, dlaczego płacze. Po prostu siada obok. Jest.
I jeszcze jedno, na koniec. Jeżeli czytając czułaś, że Ciebie to dotyczy, ale jednocześnie, nawet teraz, coś w Tobie mówi bez przesady, inni mają gorzej, mnie się chyba w sumie nic złego nie stało, to ten głos też jest częścią tej historii. To samokrytyczna strażniczka, która od lat pilnuje, żebyś nie zajmowała za dużo miejsca. Możesz jej powiedzieć, ciepło, że tym razem dziękujesz, ale poradzisz sobie inaczej.
I że ten ogień, który nosisz, naprawdę da się odłożyć. Nie od razu. Nie sama. Ale da się.
Czasem po lekturze tekstu pojawia się jedno ciche rozpoznanie: "to jest o mnie" albo "ja też coś takiego dźwigam". Nie musisz od razu opowiadać wszystkiego. Możesz zacząć od krótkiej, bezpłatnej rozmowy wstępnej i sprawdzić, jaka forma wsparcia będzie dla Ciebie najbezpieczniejsza na tym etapie.
Z uważnym współczuciem
Aneta Borucka-Iwańska | Otulić Dobrem
otulicdobrem.pl
facebook.com/otulicdobrem/
Ważna informacja
Materiały publikowane na tej stronie oraz na stronie otulicdobrem.pl mają charakter wyłącznie edukacyjny i informacyjny. Powstają po to, aby oswajać trudne doświadczenia i wspierać w lepszym rozumieniu kryzysu, traumy, choroby i żałoby. Nie zastępują jednak indywidualnej konsultacji ze specjalistą ani procesu diagnostycznego czy terapeutycznego.
Jeśli jesteś w kryzysie psychicznym, obawiasz się o swoje bezpieczeństwo lub bezpieczeństwo kogoś bliskiego, potraktuj to poważnie i poszukaj natychmiastowej pomocy. W sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia zadzwoń pod 112 albo zgłoś się do najbliższego szpitalnego oddziału ratunkowego (SOR). W kryzysie emocjonalnym możesz również skontaktować się z telefonem zaufania 116 123 (dorośli) lub 116 111 (dzieci i młodzież).